niedziela, 12 czerwca 2011

Californication - sąd nad epoką? 2

Temat, który zajął nieomalże 50 odcinków ja spróbuję streścić w jednej notce.
Hank i kobiety.
Było ich wiele. Te piękne i te mniej, inteligentne i te niekonieczne, prawie nastolatki i kobiety dojrzałe. Skąd…? Jak …? I gdzie w ogóle tkwi tajemnica aż takiego „przerobu” Hankowej sypialni?
Mówi się , że proste rozwiązania są najlepsze. I tym właśnie Hank rozwala wszystko. Jest po prostu szczery, nic prostszego. Tak naprawdę tylko mówiąc o kobietach Hank nie żartuje, nie jest cyniczny i prawdopodobnie niczego nie koloryzuje. Tylko wobec nich jest bezbronny i w sumie mocno przez nie zraniony (no, przez jedną z nich). W jednym z odcinków stwierdza zadziwiająco trzeźwo: „I’m never really all that interested but I find myself telling her how beautiful she is. Cause it’s true. All women are, in one way or another. There’s always something in every damn one of you. A smile, a curve, a secret. You, ladies are the most amazing creatures. [That’s] my life’s work.”  A jakiś czas później stwierdza [również komplementując kobietę]: „Nie wciskam kitu, zwykłem mówić tylko to, co myślę.” I naprawdę taki stosunek ma do wszystkich kobiet, które spotyka. Może dlatego tak wiele z nich ląduje w jego łóżku?
Wbrew obiegowej opinii, nie uważam żeby Hank był seskoholikiem. On po prostu korzysta z okazji. Nie zakłada z góry, że trafi się kolejna. A że się trafia to już zupełnie inna para kaloszy ;) On się po prostu wstrzela w lukę. Myślę, że dzisiaj mamy deficyt, i to całkiem spory, facetów, którzy ot tak bez okazji komplementują kobiety. A Hank, mając tak deficytowy towar jak urocze słowo i bezpretensjonalny sposób bycia, staje się nieomalże monopolistą na rynku hmm… flirtu dla sportu?... wyrafinowanego podrywu? Wydaje mi się, że Hank nie zakłada z góry, że dana piękność spędzi z nim noc. Po prostu jest sobą i wychodzi jak zwykle ;)
Pomimo wszystkich swoich przygód, pozostaje niezmiennie wierny wybrance swojego serca. Gdy jest z Karen połowa ludzkości właściwie mogłaby nie istnieć. Choć akurat wtedy ta połowa jest nim wybitnie zainteresowana i akurat wtedy przypomina sobie o tej wielkiej miłości Hanka do wszystkich kobiet. Teza, że cały syf w życiu Hanka to sprawka tych chętnych, nie w tym momencie co trzeba, kobiet jest mocnym nadużyciem. Nie czarujmy się, facet jest sam sobie winien. Chociaż nie z wyrachowania, a właśnie przez podryw dla sportu. I nie ważne ile panienek zaliczył, nadal ma nadzieję odzyskać Karen. Może nieco naiwnie, no ale…
Po wnikliwych badaniach stwierdzam, że jednak to nie podryw na kompementy działa najlepiej. Co chyba najdziwniejsze, Hank potrafiący być również wredny i nieczuły, nie może opędzić się od kobiet przynajmniej równie często. Co sprawia, że wredny i chamski facet, do tego niewyglądający jak z żurnala i tak jest wabikiem? Doprawdy nie rozumiem, ale chyba nie bardzo mam na to ochotę. Zdecydowanie bardziej wolę typ uroczego chłopca, którego Tutaj mamy deficyt. Chciałabym wierzyć też, że jest więcej kobiet, którym przygoda z Hankiem przysporzyła więcej dobrego niż złego. Że poczuły się wreszcie docenione i uwierzyły, że są piękne i istnieją tacy faceci, którzy to widzą. A nie poczuły się zranione i „któreś z kolei”.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia: niesławny seks z nieletnią. No dobra, prawda jest taka, że trzeba by być jasnowidzem, żeby się domyśleć, że ta młoda kobieta, spotkana w księgarni ma mniej niż 20 lat. To była chyba jedyna zasada, której Hank bezwzględnie przestrzegał: tylko pełnoletnie. A gdy raz i to nieświadomie ją załamał, przyszło mu za to beknąć. Moralność Hanka może pozostawiać wiele do życzenia, ale facet, który nie może się opędzić od dziewczyn spełniających kryterium wieku i sprawia mu to wielką frajdę, nie będzie szukał (chyba?) aż tak ekstremalnych rozrywek. Od tego ma tantrę ;)
O moralności Hankowego świata w następnym odcinku…

piątek, 3 czerwca 2011

Californication - sąd nad epoką? 1

Hank Moody.
Pisarz, którego kariera na dobre rozkręca się dopiero gdy jedna z jego książek zostaje sfilmowana. Pochodzący z Nowego Jorku artysta, który szczerze nienawidzi miejsca, w którym wylądował – Los Angeles w Californii.
W tym miejscu jego życia poznajemy go. Potem już jest tylko „zabawniej”. Hank jest typem wiecznego chłopca, który nie potrafi się pogodzić z paroma sprawami. Na przykład z tym, że ktoś gwizdnął mu zabawki.  Matka jego córki i jego wieloletnia towarzyszka zostawia go dla dobrze sytuowanego redaktora.  Hankowi bardzo trudno jest to zrozumieć i ze wszech miar stara się naprawić coś, co niekoniecznie było jego winą. To przez ich brak przestaje pisać, po prostu nie może.   Wydaje mi się, że Karen tak naprawdę nigdy nie przestała kochać Hanka, ale okoliczność przyrody sprawiły to, co sprawiły. Postanowiła wreszcie zadbać o siebie i swoją dorastającą córkę. Ma dość zastanawiania się, ile dla niego znaczą.  Hank nie zamierza oddawać swoich „zabawek” bez walki. Podejmuje czasem zabawne, czasem żenujące próby udowodnienia Karen, że na nią zasługuje.  Chce pokazać, że jest choćby tylko jedna, ale jest jedna rzecz, na której zależy mu bardziej niż na czymkolwiek innym. Tym właśnie są jego córka i jej matka.
Właściwie wszystko, co robi stara się robić dla ich dobra. Szczególnie dobra Becki, bez której chyba nie wyobraża sobie życia. Mimo wszystkich swoich błędów  stara się być dobrym ojcem. I przez zasadniczą część tych prób mu się to udaje. Czego by o nim nie mówić… kocha Beckę i próbuje nie pozwolić nikomu jej skrzywdzić, czasem nie dostrzegając, że sam to robi. Poznajemy ją jako kilkunastoletnią (bodaj 14) Child of Revolution*. Zupełnie jak jej ojciec. I właśnie z okazji swojego rodziciela musi szybko dorosnąć.  Bardzo się przejmuje tym, co dzieje się między jej rodzicami, a okres dojrzewania nie pomaga w zwalczaniu swoich własnych demonów, nie mówiąc  o Hanka.  W sumie zachowują się symetrycznie. Córka mimo swoich problemów stara się wychować ojca. Ojciec mimo wszystkich swoich chronicznych wad, stara się ochronić córkę. Wychodzi różnie, ale w moim odczuciu tutaj są chyba najważniejsze intencje. Jest na każdy telefon o kłopotach, gdy trzeba komuś dać w mordę lub zabrać z nieciekawej imprezy. Nigdy nie robi wymówek, bo aż za dobrze wie jak to jest.
Pomimo posiadania lekko dysfunkcyjnej rodziny Hank prowadzi doprawdy rock’n’rollowe życie. Seks, alkohol i narkotyki. Dokładnie w tej kolejności.  Dwie ostatnie pasje niekiedy powodują, że wpada w tarapaty. Z uroczego, zabawnego faceta whisky i jointy robią zgryźliwego tetryka, który nie wierzy z nic, nawet w samego siebie i uwielbia upokarzać ludzi. To ostatnie wychodzi mu jak nic innego.  Więc po pijaku częstotliwość spotykanych problemów gwałtownie wzrasta.  Słowne utarczki ze swoimi rozmówcami to standard, bez którego nie może się odbyć żadna kolacja. Zdarzają się tez bardziej hardcorowe akcje ja np.: oskarżenie o ojcostwo. A to ląduje w areszcie za napaść na funkcjonariusza a to za gwałt na nieletniej…
 Ale o wszystkich kobietach Hanka w następnym odcinku ;)


*piosenka Marka Bolana

środa, 25 maja 2011

Californication - sąd nad epoką? Wstęp

Californication…. Piękne widoki, jeszcze piękniejsze kobiety i on… Hank Moody… Skandalista na miarę Ameryki XXI wieku. Jedni (no, jedne) go kochają, inni nienawidzą. Wszyscy mają ku temu powody. Prawie każdy chce wyrazić opnię na jego temat. I ja to zrobię, jednakże…
Zanim zacznę się skupiać na pisarzu – niemoraliście, musze się zastanowić czy to w ogóle ma jakikolwiek sens. Czy telewizja dzisiaj daje nam coś więcej niż dobrze przemieloną sieczkę? Czy mam prawo próbować wyciągnąć jakieś głębsze treści z serialu, w którym większość czasu zajmuje przegląd efektów operacji plastycznych (niektórych nawet udanych)? Czy w ogóle coś więcej w tym serialu jest?
Po pierwszych trzech odcinkach myślałam, że nie, ale. Im dłużej to oglądałam tym bardziej wątpiłam w swoje stanowisko. Po obejrzeniu pełnych czterech sezonów ośmielę się stwierdzić, że moje początkowe założenie niekoniecznie było prawdziwe. Z beztroskiego chłopca Hank rozpaczliwie próbuje stać się człowiekiem dorosłym?, dojrzałym?, pasującym do roli w jakiej obsadziło go życie. I wydaje mi się, że nie jest to beztroska historyjka na „odmóżdżenie”. Że w tym serialu nie tylko może, ale na pewno jest coś więcej. Co? Do tego będę starała się dokopać.
Kim tak naprawdę jest główny bohater? Jaki jest, jak on sam się widzi, a jak go widzi i chciałoby widzieć jego otoczenie? Czy będąc jakim jest, kogoś „uszkodził”, a może to właśnie jego uszkodzono? Mamy do czynienia z nierozumianym geniuszem, czy głupcem, który nie rozumie?  
To znaczy, nadal biorę pod uwagę, że być może zaglądam do bardzo ciemnego choć tak naprawdę pustego naczynia, jednak mam nadzieję, ze pośród tego wszystkiego, co serwują nam media, co jakiś czas trafia się coś, co pod przykrywką pornografii nieomalże chowa (jakiekolwiek?) przesłanie.
Mając świadomość nadinterpretacji (i to mocnej) spróbuję w najbliższych dwóch lub trzech notkach napisać, jak bardzo dał mi do myślenia Hank i jego niekończące się perypetie.

niedziela, 22 maja 2011

Show must go on

Opera – sceniczne dzieło muzyczne wokalno-instrumentalne, w którym muzyka współdziała z akcją dramatyczną (libretto). Istotą tego gatunku muzycznego jest synteza sztuk, czyli połączenie słowa, muzyki, plastyki, ruchu, gestu oraz gry aktorskiej.
Tyle definicja. Jak ma się do rzeczywistości? Opera, wielkie widowisko o wielowiekowej tradycji. Najpiękniejsze, najbardziej znane dziś opery powstały już kilka wieków  temu, a wciąż wzbudzają zachwyt nie tylko jej znawców ale także ludzi nieobytych ze sztuką. Chyba każdy zna pieśń torreadora czy aria Królowej Nocy. Ale chyba nie każdy zdaje sobie sprawę z tego z czym ma do czynienia. Opera to nie kino jak wielu się wydaje. Nie przychodzisz tam po to, by usiąść wygodnie i zostać anonimowym widzem. Opera to magia, porywa, sprawia, że pozornie zwykły widz staje się częścią spektaklu. To widzowie bardzo często wpływają na to jak wygląda przedstawienie. Czy porwie, czy zachwyci, a może będzie tylko przeciętne, jedno z wielu w sezonie.
Jednak pewna część widzów tego zdaje się nie dostrzegać. Boli mnie to tym bardziej, że najczęściej są to ludzie w moim wieku. Wydaje im się, że gdy przyjdą do opery to od razu będą uchodzić za obytych i światowych. Taa, na pewno. Szczególnie gdy traktują spektakle jak pokazy kinowe. Ot rzecz pierwsza z brzegu, chyba najbardziej uderzająca (i mnie osobiście wprawiająca w pewne zażenowanie?) Kiedyś wyjście do opery było nie tylko obcowaniem ze sztuką, ale także a może przede wszystkim spotkaniem towarzyskim. Na stroje i „kosmetyczki” wydawano krocie. Nie będę górnolotnie stwierdzać, że to z szacunku dla Sztuki, choć mam cichą nadzieję, że w malutkim stopniu tak właśnie było. Dziś również przyjętym jest aby do opery czy teatru (na wieczorne spektakle) zakładać strój wieczorowy. Szkoda, że wielu nowobogackich wybitnie ignorancko podchodzi do tak drobnej wydawałoby się kwestii. Teatr traktują niczym kino. Szacunek ludziom, którzy dla nich grają, okazują w dżinsach i T-shirtach. Delikatnie mówiąc nieadekwatnie do tego jaką pracę ci ludzie wykonują. No cóż, wyrosło nam takie pokolenie.
 Choć są także tak chlubne wyjątki, że aż dziw bierze. Ostatnio będąc z operze właśnie miałam okazję obserwować wycieczkę. Te zazwyczaj nie do końca wiedzą, gdzie są, ale ci młodzi ludzie  zupełnie mnie zaskoczyli. Każdy w garniturze, każda w stroju zdecydowanie adekwatnym do okazji. Taki widok może tylko napawać nadzieją, że gdzieś w Polsce są ludzie, którzy potrafią wychować swoje dzieci w szacunku dla sztuki wysokiej i że gdzieś są nauczyciele, którzy potrafią tę sztukę pokazać jako coś wspaniałego i fascynującego. W końcu to nasze dziedzictwo, niezależnie od tego czy nam się podoba czy nie. I kto wie, czy za parę lat to właśnie tacy młodzi ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co są, będą większością na teatralnych widowniach…
A przedstawienie będzie trwać...

czwartek, 28 kwietnia 2011

Słowa i Sny cd.

Słowa i Sny cd

Noc… chyba najgorsza część mojego planu dnia. Ich boję się najbardziej. Każdej nocy muszę oglądać to, jak mogłoby wyglądać moje życie. Najgorszy jest ten ułamek sekundy kiedy uświadamiam sobie, że to był tylko sen. Tylko sen i nigdy się wydarzy. Ta mieszanka uczuć: uśmiech  gdy przypominam  sobie wszystko to, na co dane mi było patrzeć tej nocy. Gorycz świadomości,  że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. No, lub w snach…

Sny…podobno tak cudowna rzecz. To w nich jestem sobą najprawdziwiej, czuję, oddycham, mówię. Rozmawiam z nim. Dzielą nas miliony sekundy, setki kilometrów, a ja od 2 w nocy do 6 rano siedzę z nim w galerii. Wokół nas pełno ludzi, my pogrążeni we własnym świecie rozmawiamy o rzeczach, o które w rzeczywistości nigdy nie zapytam. Zabawia mnie aparatem, którego nie wypuszczono na rynek.  Rozmowa o technologiach, o których większość moich rówieśników nie uczy się nawet na studiach. I ten głos, taki jak lubię. Barwa moich sądów,  ton moich poglądów.  Nie wiedziałam, że mam w głowie DolbySurround 5.1. Takich rzeczy nie dostaje się w rzeczywistości. Chciałabym tak trwać całą wieczność, ale wiem ,że gdy się obudzę tylko echo przy mnie zostanie. Jak długo jeszcze…?

„Budzi mnie strach, strach od lat…
Budzi mnie świat, świat tuli mnie…

Budzisz mnie Ty. Czy wciąż się śnisz?”

(translation I’ll add later…)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Słowa i sny

Jesteśmy przygodnymi dyskutantami. Idealnymi nieznajomymi.  Pięcioro muszkieterów, ludzi z totalnie różnych bajek, którzy jednak potrafią prowadzić ciekawe rozmowy na kontrowersyjne tematy. Z pozoru obcy sobie ludzie spotykający się raz w tygodniu na „obiadach czwartkowych”, pozornie zwyczajnych lunchach, które jednak mało knajpy nie rozwalą. Nie mamy jak Poniatowski do dyspozycji całego pałacyku, musimy sobie radzić z mniejszym rozmachem. Ale w końcu nie mamy w planach zbawiania świata.
Siedzimy naprzeciw siebie, do niedawna obcy sobie ludzie, nadal tylko nieznajomi. Dzięki tym obiadom nie znienawidziłam tego miasta do końca.  Miasta, które samo z siebie mnie zabija. Sprawia, że odechciewa się wszystkiego. W tym barłogu znalazłam miejsce do pouzewnętrzania się. Chociaż w moim przypadku zauważenie tego może sprawiać pewien problem. Bo jak może ujawniać swe poglądy ktoś, kto się prawie nie odzywa?  Dlatego tak trudno mi się odnaleźć gdziekolwiek. W XXI wieku nie można milczeć, chyba że chcesz być ofiarą. Wszystkiego i wszystkich. Na szczęście nie mam charakteru ofiary. Czasem nie chcę po prostu udowadniać moim rozmówcom, jak niewiele wiedzą.  Jak dotkliwie widać, że nigdy nie wychylili nosa poza opłotki własnej „wsi”.
Tutaj mi jednak to nie grozi.  Komfort niemówienia wynika z czego innego. Od początku mam wrażenie, że nie muszę się odzywać, bo moje poglądy i tak zostają wypowiedziane, w tej czy innej formie.  Choć z różnych bajek mamy ten sam zwyczaj. Myślimy samodzielnie. Nikt nam nigdy nie kładł do głów, co mamy myśleć.  Ale chyba pochodzę z takiego końca świata, że nigdy wcześniej nie spotkałam człowieka, który myślałby jak ja. Cudowne objawienie. Siedzimy, dobre wino, klimat dekadenckiego klubu, a ja mam siłę tylko słuchać  głębokiego basu wypowiadającego moje własne sądy. I dochodzę do wniosku, że ja sama nie powiedziałabym tego tak, mój własny głos nie jest tak piękny, tak głęboki i taki…


(in English: We’re smart talkers. Perfect strangers. Five musketeers, people from pretty different fairytales, but who  can lead interesting conversations about moot topics. People apparently stranger meet once a week on “Thursday dinners”, lunches seemingly ordinary, but what almost smash up the pub. We don’t have like Poniatowski at the disposal of the entire palace, we have to deal with a smaller scale. But in the end we don’t have plans of saving the world.
We sit facing each other, until recently strangers, now just non-acquaintances. Thanks to these lunches I haven’t hated this city till the end.  City, what in itself is killing me. City, which makes me not to want anything. In this mess I found a place to show my mind. Although in my case, noticing this might cause a problem.  Because how can reveal her views someone who barely speaks? That’s why it’s so difficult for me to find myself anywhere.  In the twenty-first century  you can’t be silent, unless you want to be a victim. Everything and everyone. . . Fortunately, I don’t have the nature of the victim. Sometimes I just don’t want my callers to prove how little they know. How painfully is to see that they never put out their noses beyond the confines of their “village”.
However, here I’m safe. Comfort of nonspeaking results of something else. From the beginning, I feel that I  don’t need speak because my views and so are spoken in one form or another. Although different fairytales we have the same habit, We think independently. No one never put into our heads what we think. But I suppose I come from so end of the world that I’ve never met a man who would think like me. Wonderful revelation. We sit, good wine, decadent atmosphere of the club, and I have power only to hear deep bass denouncing my own judgments. I come to the conclusion that I would never  say it like this, my own voice isn’t  so beautiful, so deep and so ...)

sobota, 16 kwietnia 2011

Razzle dazzle

Tak się czasem zastanawiam, czy my Polacy nie mamy przypadkiem ze sobą jakiegoś problemu?  Żyjemy w kraju na stykach kultur. W przeszłości byliśmy już ostatnim bastionem chrześcijaństwa, krajem bez stosów, miejscem, w którym wspaniale mieszały się języki, zwyczaje, barwy regionów. Można tu było znaleźć wszystko, prawie jak na bliskowschodnim bazarze. Każdy mógł wybrać sobie to, co mu najbardziej odpowiada i nie był za to potępiony (przynajmniej oficjalnie).  Kraj tętnił kulturową mieszanką. Mieliśmy swój własny, rozpoznawalny wszędzie styl.

Więc gdzie on się podział? Czy dziś Polacy są tak samo rozpoznawalni przez swój styl, wyczucie smaku? Do popełnienia niniejszego tekstu sprowokowało mnie otwarcie w moim mieście Starbucksa i moja wizyta w nim.
 
Dla mnie jest to po prostu sieciowa kawiarnia jakich wiele, jest tutaj chyba z dziesięć Coffee Heaven.  W Stanach Sturbucksy stoją chyba na każdym rogu i nieodparcie mam wrażenie, że tłok w nich nie jest spowodowanych ich „trednością”, ale tym, że Amerykanie wypijają po prostu setki litrów kawy. Jednak Polska to nie Stany, o czym tez już kilkakrotnie boleśnie się przekonałam. Tutaj wszystko, co ma naklejkę „Made in the USA” (tudzież „Made in Western Europe”) staje się obiektem bezkrytycznego uwielbienia. Z ciekawości badacza zawitałam w progi tej chyba najbardziej rozpoznawalnej na świecie kawiarni kilkanaście dni po jej otwarciu. Miałam szczęście. Praktyczny brak kolejki przede mną zamienił się w ok. 10cio osobową gromadkę oczekujących, której tworzenie się obserwowałam czekając na  swoją gorącą czekoladę ( może właśnie dlatego, że nie piję kawy to bezbrzeżne uwielbienie mnie nie dotyczy?)

 Patrząc na ten sznureczek przypomniałam sobie historię na temat Starbucksa właśnie. Pewna paczka znajomych była tak zakochana w tejże kawiarni, że będąc w jednej z europejskich stolic (a może to była nawet Warszawa) zwiedziła wszystkie jej oddziały w tym mieście. Po usłyszeniu tej historii ręce mi trochę opadły i włączył mi się wybitnie filozoficzny tryb myślenia. Z czego to wynika? Skąd się bierze ten owczy pęd? Nie myślę tu w sumie tylko o Stabucksie, który jest tylko jednym z doskonałych przykładów, bo nie tylko tam widuję hordy rozchichotanych nastolatek, którym się wydaje, że są nie wiadomo jak „trendy” (i jak się okazuje nie tylko o nastolatki chodzi. Bohaterami zasłyszanej przeze mnie historii byli dość dorośli ludzie). Wydaje mi się, że dzisiaj, w morzu takich samych ciuchów, prawdziwą sztuką jest właśnie bycie indywiduum. Do któregokolwiek sklepu dziś nie wejdę zobaczę to samo. Inne kolory, tu pięć falbanek a tam sześć, ale zasada działania wciąż pozostaje ta sama. Brak nam albo krytycznego myślenia, albo pomysłu na siebie. Chcemy wyglądać tak jak reszta świata, bo dziś gdzie nie pojedziemy to spotkamy osoby tak samo jak my ubrane, tylko niekoniecznie tym samym językiem mówiące. W sumie gdybyśmy się wsłuchali dowiedzielibyśmy się, że one nawet mówią to samo. Wciąż powtarzane te same frazesy, wtłaczane do głów przez mass media, których sensowności i zasadności nikt nie ma chęci (a może odwagi?) zweryfikować.

Te same kawiarnie, te same sklepy, to samo myślenie. Czy naprawdę chcemy stawać się cieniami innych narodów? Czy naprawdę nie stać nas na posiadanie pomysłu na siebie?

I don’t blame, I’m just asking…

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Cała Polska czyta dzieciom... o ile potrafi

Słowo pisane. Otacza nas codziennie, na każdym kroku się z nim spotykamy. Czytamy reklamy, rozkłady, gazety. Bez umiejętności czytania  byśmy zginęli. I to w bólach i męczarniach. Nic dziwnego, że już starożytni wymyślili pismo. Od tego czasu nie potrafimy się bez niego  obejść.
Więc dlaczego tak rzadko zdarza nam się wykorzystywać pismo do celów bardziej zaawansowanych niż artykuły w gazecie? Mam wrażenie, że dzisiaj spotkać człowieka zainteresowanego kulturą to naprawdę spory wysiłek. Nie wspominając już o ludziach, którzy potrafią czytać ze zrozumieniem. Niby uczą nas tego w szkołach, ale efektów tak naprawdę nie widać. Z artykułami o wojnach i polityce wszyscy sobie radzimy, większość jest w stanie przebrnąć nawet  przez felietony , ale kiedy na horyzoncie pojawia się poetyka na, obojętnie jak znanym czy nagrodzonym, poziomie, większość odpada. W świecie, w którym wszystko trzeba powiedzieć jasno, krótko i tak, żeby każdy zrozumiał, nieodmiennie mam wrażenie, że gdzieś umykają nam ludzie, którzy potrafią bawić się Słowem, gdzieś giną w tym całym natłoku prostych, zbanalizowanych przekazów.
Przykładem niech będzie krzycząca szklanka herbaty u sąsiada. Swego czasu trafiłam na dyskusję nad jakimkolwiek walorem artystycznym takiej przenośni. Niezależnie od tego, czy faktycznie ten tekst ma jakikolwiek sens metaforyczny, dyskusja nad sensem jego istnienia już nie.  Bo z jakiej paki ma istnieć coś, czego nie rozumiem? Czemu autor używa metafor, których nawet po pijaku zinterpretować się nie da? Może właśnie taki? Może chodzi o zszokowanie odbiorcy? Może o przykucie jego uwagi? Niezależnie od odpowiedzi na poprzednie, pytanie o zasadność robienia jakiejkolwiek sztuki jest stratą czasu. Wiedzieli już o tym Mickiewicz i Schulz. W akcie tworzenia wszyscy twórcy, niezależnie od poziomu, na którym tworzą, są równi Bogu. A bezsensowym marnowaniem czasu jest krytykowanie tegoż za to, co robi. Łatwo jest krytykować coś, czego nie rozumiemy. Znacznie trudniej jest próbować to zrozumieć.
Od kilku lat trwa taka akcja: ”Cała Polska czyta dzieciom”. Ja już się na nią nie załapałam. Nauczyłam się czytać i polubiłam to kilka lat wcześniej. Ale patrzę na dzisiejsze dzieci i ich rodziców, czasem niewiele starszych ode mnie i się zastanawiam. Co oni mają tym dzieciom czytać? Czy faktycznie zakończyć na poziomie ”Górnik: Legia 2:0”? Jak mogą oczarowywać swoje pociechy  Słowem Pisanym, skoro sami go nie rozumieją? Jak mogą wytłumaczyć istnienie krzyczącej herbaty skro całe życie podważali sensowność jej istnienia?
I don’t blame, I’m just asking…

piątek, 8 kwietnia 2011

Sztuka latania/Sztuka spadania

Hej Ty!
„Prosisz mnie znowu, który to już Twój list, by Ci odpisać jeśli tylko bym mogła jakie postępy poczyniłam na dziś w Sztuce Latania, najtrudniejszej ze sztuk.” By wzbić się wyżej, rozwinąć skrzydła, nie spojrzeć za siebie, to nie takie łatwe…
„Co rano windą wjeżdżam prawie na dach, jest tu w osiedlu taki najwyższy blok. Codziennie myślę, patrząc z niego na świat, co będzie kiedy wreszcie zrobię ten krok?” Czy się zawaham, czy pójdę odważnie. czy pomyślę o Tobie czy Zapomnę porażona szczęściem?
„Wczoraj skoczyłam, miałam skrzydła jak ptak. Raz jeden w życiu każdy chyba to czuł.” Ta wolność we krwi, ten tlen w płucach. Wrażenie, że możesz wszystko, a czegokolwiek się dotkniesz zamieni się z złoto. Spełnienie wszystkich snów i pójście nawet poza granice wyobraźni. Poczucie, że Boży plan dla Ciebie właśnie się realizuje, lecz „ Ktoś nagle krzyknął: tak to  każdy by chciał! Coś pochwyciło i  ściągnęło mnie w dół…” I nawet wiem czym to było. Ten wzrok masy gdy okazuje się ze Tobie się udało. Że to Ty jesteś tym kimś innym. Miałam odwagę jako jedyna i dziś za to przyszło zapłacić. „Life is brutal.”
Spadac też trzeba umieć.Ja na szczęście „spadam, chroni mnie wiara. Niech Będzie chwała Bogu, a w mojej duszy spokój…”, bo wiem, że nie mogę narobić sobie krzywdy. Nauczyłam się już spadać do przodu, by po zetknięciu z ziemią, móc tylko sprawdzić ilość odniesionych strat, otrzepać kolana i pójść dalej.  Po to by znowu skoczyć i znowu pofrunąć. W marzenia, ponad przeciętność, ponad szarość.
„Poza tym wszystko doskonale…”

(In English:
And You,
You ask me again (it’s your another letter) to wirte if I’m just able to, what is my progress in Art of Flying, the hardest of all. I try to learn how to get higher, spread my wings, no to look behind me but it’s not so easy…
Every morning I enter an elevator almost to the roof. There is so high tower here. Everyday I think, when I look at this world, what happens when I take this step? Do I hesitate or go brave? Do I think about you or forget because of all this happiness?
Yesterday I jumped. I had wings like a bird. Once in life everyone feels it, I suppose. The freedom in your blood, all the oxygen in lungs. The feeling that you can everything and whatever you touch changes in gold. Making all your dreams come true and going even behind your imagination. Certainty that God’s plan for you start to implement but… Someone suddenly shouted: Everyone wants to fly like this! And something took me and pulled me down. And I know, what it was. This empty sight of all these people when it’s proved that you make it. That you’re different. Only I had so much courage  and now I pay for it. Life is brutal.
Falling down is also an Art. Lucky I’m falling down, protected by my faith. Thank You, God and I don’t need anything else, cause I know I can’t hurt myself. I’ve just learnt falling ahead to dust down and go. Go to jump once again and fly again. To my dreams, over average…
Besides everything perfectly…)

Wykorzystano fragmenty: „Sztuka latania” Lady Pank i „Spadam” Comy / Used „Sztuka latania” by Lady Pank and „Spadam”” by Coma

wtorek, 5 kwietnia 2011

Memories are made of this

Są jak koraliki nanizane na sznurek.  Mienią się różnymi kolorami, połyskują odmiennym blaskiem. Wszystko zależy od tego z czego są, jakie są.
Czy są w kolorze głębokiego granatu za sprawą pocałunków w burzowy wieczór, a może w kolorze morskiej wody od upojonych szczęściem poranków. Może są zielenią łąk w lipcowy dzień, a może purpurą przytulnych kawiarni. Każde wspomnienie ma znaczenie. Oplatają nasze głowy jak sznury pereł, ciemne i jasne, okrągłe i te mniej. Kim byśmy byli gdyby nie one?...
Już wiem, że nie można być człowiekiem bez przeszłości. To zawsze z Tobą zostanie. Strach i niepewność, szaleństwo i  zakochanie, szept i krzyk. Nie można ich zerwać tak jak zrywa się łańcuszek z szyi. Jak byśmy wtedy wyglądali? Ubożsi o tyle doświadczeń.
Szybko się uczę i zaczynam żyć z tą wiedzą. Nie mogłabym stać w miejscu w którym stoję dziś, gdyby nie ostanie 3 lata i wcześniejsze 2. Nie byłabym osobą, którą jestem dziś. Nie wiedziałabym, w którą stronę się zwrócić, żeby nie narobić sobie krzywdy, nie byłabym pewna, którą drogą iść by dojść do celu. Dziś wiem. I choć świadomość, że ostatnie 10 miesięcy dziś nie ma  żadnego znaczenia i  pewnie już nigdy nie będzie miało wierci mi dziurę w brzuchu. Ale mimo to jestem wdzięczna. Za ten uśmiech nad jeziorem,  za cierpliwość, za przyjaźń. Za gwiazdowanie i olewanie, za  moje łzy i bezsilność. Bo dzięki tym wspomnieniom już wiem jak brzmi odpowiedź. Should I stay or should I go? Definitely I should go. And I do that.
Bo mam dość tych granatowych I czarnym, choć tak pięknych i cennych koralików.  Bo chcę by moje wspomnienia wreszcie były w kolorze powietrza na szczytach wzgórz, zieleni lasów i żeby były pełne wolności bycia sobą, niezależnie od wszystkiego.
I want memories  to be made of it all…

sobota, 2 kwietnia 2011

Ta, którą nigdy nie byłam

Czasami ją spotykam. Piękna, z wysoko uniesioną głową, na niebotycznie wysokich obcasach. O niezapomnianym spojrzeniu. Angielskie maniery, wszechstronne wykształcenie. Zabójczo inteligentna, pewna siebie, odważna. Idzie naprzód nie odwracając się za siebie w kierunku swoich marzeń. Dziewczyna już bez przeszłości.
Kim ona jest?
Autorką niniejszego bloga. Tą, którą nigdy nie byłam. Moim alter ego...


(In English: Sometimes I meet her. She's beautiful, with her head held high, on exorbitantly high heels. With unforgettable look. English manners, comprehensive education. Very inteligent, self-confident, brave. She goes ahead and doesn't look back in the direction of her dreams. The girl aready without the Past.
Who is she?
She's an autor of this blog. This, who I've never been. My alter ego...)