Pokazywanie postów oznaczonych etykietą All that Jazz - fabuła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą All that Jazz - fabuła. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lipca 2013

Wyciągnięte z niebytu cz. 1

Obudził ją telefon. "Lepiej żeby to było ważne."- pomyślała.
-Tak, słucham.
-Tu Matt. J. jest w szpitalu.
-Co???- zapytała zaskoczona i już zupełnie obudzona.
-To długa historia...- im dłużej słuchała, tym bardziej nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.
- Jak on się czuje? I czy jego rodzice już wiedzą?
-Między innymi dlatego dzwonię... Zanim do nich zatelefonuję pomyślałem, ze zadzwonię do Ciebie.
- I dobrze zrobiłeś. W jakim szpitalu jesteście?- zapisała adres- Cóż z tego, że jest 3 w nocy? Znajdź mi środek transportu. Już jadę.
Skołowana usiadła i zerknęła na zegar. Po 20 godzinach roboty spała dwie. A przed nią być może kolejne tyle. Co się właściwie stało? Wiedziała, z wersja Matta jest co najmniej niepełna. Nie wspominał ani słowem o Ance i czemu właściwie to jej numer był pierwszym, który wykręcił?
Jeszcze trochę nieprzytomna ubrała się i wyszła na nocny do szpitala. Była ciepła, sierpniowa noc, ale nie zwracała na to uwagi, Jechała z kłębiącymi się w głowie myślami. Nie mogła  powiedzieć, że się denerwuje, ale tu się coś nie trzymało sie kupy. "Gdzie u licha jest ta małolata?! To ona powinna tu siedzieć i tam jechać, nie ja." No tak, tyle, że kto miałby rozmawiać z jego rodzicami, jeśli nie ona? Ani pani Basia, ani pan Józef nie znosili Anki. W sumie wcale im się nie dziwiła. Sama miała z nią problem. Gdyby zadzwoniła, gotowi byliby pomyśleć, że to jej wina, co było z resztą całkiem możliwe.
"Boże, jak ja im to powiem? Przecież prawie ich wykończę!" Rozważanie przerwało wylądowanie przed szpitalem.
-Jesteś wreszcie! Chodź porozmawiasz z lekarzem.- bardzo serdecznie przywitał ją Matt. Nigdy nie darzyli się wielką sympatią.
-Dobra, zanim z nim pogadam, mów. Jak to wygląda?
-Źle. Tyle wiem, ale nikt mi nie chce nic powiedzieć...

----------------
Tekst napisany parę lat temu, kiedy posadę księcia z bajki piastował pewien "cham i prostak".

czwartek, 28 kwietnia 2011

Słowa i Sny cd.

Słowa i Sny cd

Noc… chyba najgorsza część mojego planu dnia. Ich boję się najbardziej. Każdej nocy muszę oglądać to, jak mogłoby wyglądać moje życie. Najgorszy jest ten ułamek sekundy kiedy uświadamiam sobie, że to był tylko sen. Tylko sen i nigdy się wydarzy. Ta mieszanka uczuć: uśmiech  gdy przypominam  sobie wszystko to, na co dane mi było patrzeć tej nocy. Gorycz świadomości,  że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. No, lub w snach…

Sny…podobno tak cudowna rzecz. To w nich jestem sobą najprawdziwiej, czuję, oddycham, mówię. Rozmawiam z nim. Dzielą nas miliony sekundy, setki kilometrów, a ja od 2 w nocy do 6 rano siedzę z nim w galerii. Wokół nas pełno ludzi, my pogrążeni we własnym świecie rozmawiamy o rzeczach, o które w rzeczywistości nigdy nie zapytam. Zabawia mnie aparatem, którego nie wypuszczono na rynek.  Rozmowa o technologiach, o których większość moich rówieśników nie uczy się nawet na studiach. I ten głos, taki jak lubię. Barwa moich sądów,  ton moich poglądów.  Nie wiedziałam, że mam w głowie DolbySurround 5.1. Takich rzeczy nie dostaje się w rzeczywistości. Chciałabym tak trwać całą wieczność, ale wiem ,że gdy się obudzę tylko echo przy mnie zostanie. Jak długo jeszcze…?

„Budzi mnie strach, strach od lat…
Budzi mnie świat, świat tuli mnie…

Budzisz mnie Ty. Czy wciąż się śnisz?”

(translation I’ll add later…)

czwartek, 21 kwietnia 2011

Słowa i sny

Jesteśmy przygodnymi dyskutantami. Idealnymi nieznajomymi.  Pięcioro muszkieterów, ludzi z totalnie różnych bajek, którzy jednak potrafią prowadzić ciekawe rozmowy na kontrowersyjne tematy. Z pozoru obcy sobie ludzie spotykający się raz w tygodniu na „obiadach czwartkowych”, pozornie zwyczajnych lunchach, które jednak mało knajpy nie rozwalą. Nie mamy jak Poniatowski do dyspozycji całego pałacyku, musimy sobie radzić z mniejszym rozmachem. Ale w końcu nie mamy w planach zbawiania świata.
Siedzimy naprzeciw siebie, do niedawna obcy sobie ludzie, nadal tylko nieznajomi. Dzięki tym obiadom nie znienawidziłam tego miasta do końca.  Miasta, które samo z siebie mnie zabija. Sprawia, że odechciewa się wszystkiego. W tym barłogu znalazłam miejsce do pouzewnętrzania się. Chociaż w moim przypadku zauważenie tego może sprawiać pewien problem. Bo jak może ujawniać swe poglądy ktoś, kto się prawie nie odzywa?  Dlatego tak trudno mi się odnaleźć gdziekolwiek. W XXI wieku nie można milczeć, chyba że chcesz być ofiarą. Wszystkiego i wszystkich. Na szczęście nie mam charakteru ofiary. Czasem nie chcę po prostu udowadniać moim rozmówcom, jak niewiele wiedzą.  Jak dotkliwie widać, że nigdy nie wychylili nosa poza opłotki własnej „wsi”.
Tutaj mi jednak to nie grozi.  Komfort niemówienia wynika z czego innego. Od początku mam wrażenie, że nie muszę się odzywać, bo moje poglądy i tak zostają wypowiedziane, w tej czy innej formie.  Choć z różnych bajek mamy ten sam zwyczaj. Myślimy samodzielnie. Nikt nam nigdy nie kładł do głów, co mamy myśleć.  Ale chyba pochodzę z takiego końca świata, że nigdy wcześniej nie spotkałam człowieka, który myślałby jak ja. Cudowne objawienie. Siedzimy, dobre wino, klimat dekadenckiego klubu, a ja mam siłę tylko słuchać  głębokiego basu wypowiadającego moje własne sądy. I dochodzę do wniosku, że ja sama nie powiedziałabym tego tak, mój własny głos nie jest tak piękny, tak głęboki i taki…


(in English: We’re smart talkers. Perfect strangers. Five musketeers, people from pretty different fairytales, but who  can lead interesting conversations about moot topics. People apparently stranger meet once a week on “Thursday dinners”, lunches seemingly ordinary, but what almost smash up the pub. We don’t have like Poniatowski at the disposal of the entire palace, we have to deal with a smaller scale. But in the end we don’t have plans of saving the world.
We sit facing each other, until recently strangers, now just non-acquaintances. Thanks to these lunches I haven’t hated this city till the end.  City, what in itself is killing me. City, which makes me not to want anything. In this mess I found a place to show my mind. Although in my case, noticing this might cause a problem.  Because how can reveal her views someone who barely speaks? That’s why it’s so difficult for me to find myself anywhere.  In the twenty-first century  you can’t be silent, unless you want to be a victim. Everything and everyone. . . Fortunately, I don’t have the nature of the victim. Sometimes I just don’t want my callers to prove how little they know. How painfully is to see that they never put out their noses beyond the confines of their “village”.
However, here I’m safe. Comfort of nonspeaking results of something else. From the beginning, I feel that I  don’t need speak because my views and so are spoken in one form or another. Although different fairytales we have the same habit, We think independently. No one never put into our heads what we think. But I suppose I come from so end of the world that I’ve never met a man who would think like me. Wonderful revelation. We sit, good wine, decadent atmosphere of the club, and I have power only to hear deep bass denouncing my own judgments. I come to the conclusion that I would never  say it like this, my own voice isn’t  so beautiful, so deep and so ...)

piątek, 8 kwietnia 2011

Sztuka latania/Sztuka spadania

Hej Ty!
„Prosisz mnie znowu, który to już Twój list, by Ci odpisać jeśli tylko bym mogła jakie postępy poczyniłam na dziś w Sztuce Latania, najtrudniejszej ze sztuk.” By wzbić się wyżej, rozwinąć skrzydła, nie spojrzeć za siebie, to nie takie łatwe…
„Co rano windą wjeżdżam prawie na dach, jest tu w osiedlu taki najwyższy blok. Codziennie myślę, patrząc z niego na świat, co będzie kiedy wreszcie zrobię ten krok?” Czy się zawaham, czy pójdę odważnie. czy pomyślę o Tobie czy Zapomnę porażona szczęściem?
„Wczoraj skoczyłam, miałam skrzydła jak ptak. Raz jeden w życiu każdy chyba to czuł.” Ta wolność we krwi, ten tlen w płucach. Wrażenie, że możesz wszystko, a czegokolwiek się dotkniesz zamieni się z złoto. Spełnienie wszystkich snów i pójście nawet poza granice wyobraźni. Poczucie, że Boży plan dla Ciebie właśnie się realizuje, lecz „ Ktoś nagle krzyknął: tak to  każdy by chciał! Coś pochwyciło i  ściągnęło mnie w dół…” I nawet wiem czym to było. Ten wzrok masy gdy okazuje się ze Tobie się udało. Że to Ty jesteś tym kimś innym. Miałam odwagę jako jedyna i dziś za to przyszło zapłacić. „Life is brutal.”
Spadac też trzeba umieć.Ja na szczęście „spadam, chroni mnie wiara. Niech Będzie chwała Bogu, a w mojej duszy spokój…”, bo wiem, że nie mogę narobić sobie krzywdy. Nauczyłam się już spadać do przodu, by po zetknięciu z ziemią, móc tylko sprawdzić ilość odniesionych strat, otrzepać kolana i pójść dalej.  Po to by znowu skoczyć i znowu pofrunąć. W marzenia, ponad przeciętność, ponad szarość.
„Poza tym wszystko doskonale…”

(In English:
And You,
You ask me again (it’s your another letter) to wirte if I’m just able to, what is my progress in Art of Flying, the hardest of all. I try to learn how to get higher, spread my wings, no to look behind me but it’s not so easy…
Every morning I enter an elevator almost to the roof. There is so high tower here. Everyday I think, when I look at this world, what happens when I take this step? Do I hesitate or go brave? Do I think about you or forget because of all this happiness?
Yesterday I jumped. I had wings like a bird. Once in life everyone feels it, I suppose. The freedom in your blood, all the oxygen in lungs. The feeling that you can everything and whatever you touch changes in gold. Making all your dreams come true and going even behind your imagination. Certainty that God’s plan for you start to implement but… Someone suddenly shouted: Everyone wants to fly like this! And something took me and pulled me down. And I know, what it was. This empty sight of all these people when it’s proved that you make it. That you’re different. Only I had so much courage  and now I pay for it. Life is brutal.
Falling down is also an Art. Lucky I’m falling down, protected by my faith. Thank You, God and I don’t need anything else, cause I know I can’t hurt myself. I’ve just learnt falling ahead to dust down and go. Go to jump once again and fly again. To my dreams, over average…
Besides everything perfectly…)

Wykorzystano fragmenty: „Sztuka latania” Lady Pank i „Spadam” Comy / Used „Sztuka latania” by Lady Pank and „Spadam”” by Coma

wtorek, 5 kwietnia 2011

Memories are made of this

Są jak koraliki nanizane na sznurek.  Mienią się różnymi kolorami, połyskują odmiennym blaskiem. Wszystko zależy od tego z czego są, jakie są.
Czy są w kolorze głębokiego granatu za sprawą pocałunków w burzowy wieczór, a może w kolorze morskiej wody od upojonych szczęściem poranków. Może są zielenią łąk w lipcowy dzień, a może purpurą przytulnych kawiarni. Każde wspomnienie ma znaczenie. Oplatają nasze głowy jak sznury pereł, ciemne i jasne, okrągłe i te mniej. Kim byśmy byli gdyby nie one?...
Już wiem, że nie można być człowiekiem bez przeszłości. To zawsze z Tobą zostanie. Strach i niepewność, szaleństwo i  zakochanie, szept i krzyk. Nie można ich zerwać tak jak zrywa się łańcuszek z szyi. Jak byśmy wtedy wyglądali? Ubożsi o tyle doświadczeń.
Szybko się uczę i zaczynam żyć z tą wiedzą. Nie mogłabym stać w miejscu w którym stoję dziś, gdyby nie ostanie 3 lata i wcześniejsze 2. Nie byłabym osobą, którą jestem dziś. Nie wiedziałabym, w którą stronę się zwrócić, żeby nie narobić sobie krzywdy, nie byłabym pewna, którą drogą iść by dojść do celu. Dziś wiem. I choć świadomość, że ostatnie 10 miesięcy dziś nie ma  żadnego znaczenia i  pewnie już nigdy nie będzie miało wierci mi dziurę w brzuchu. Ale mimo to jestem wdzięczna. Za ten uśmiech nad jeziorem,  za cierpliwość, za przyjaźń. Za gwiazdowanie i olewanie, za  moje łzy i bezsilność. Bo dzięki tym wspomnieniom już wiem jak brzmi odpowiedź. Should I stay or should I go? Definitely I should go. And I do that.
Bo mam dość tych granatowych I czarnym, choć tak pięknych i cennych koralików.  Bo chcę by moje wspomnienia wreszcie były w kolorze powietrza na szczytach wzgórz, zieleni lasów i żeby były pełne wolności bycia sobą, niezależnie od wszystkiego.
I want memories  to be made of it all…

sobota, 2 kwietnia 2011

Ta, którą nigdy nie byłam

Czasami ją spotykam. Piękna, z wysoko uniesioną głową, na niebotycznie wysokich obcasach. O niezapomnianym spojrzeniu. Angielskie maniery, wszechstronne wykształcenie. Zabójczo inteligentna, pewna siebie, odważna. Idzie naprzód nie odwracając się za siebie w kierunku swoich marzeń. Dziewczyna już bez przeszłości.
Kim ona jest?
Autorką niniejszego bloga. Tą, którą nigdy nie byłam. Moim alter ego...


(In English: Sometimes I meet her. She's beautiful, with her head held high, on exorbitantly high heels. With unforgettable look. English manners, comprehensive education. Very inteligent, self-confident, brave. She goes ahead and doesn't look back in the direction of her dreams. The girl aready without the Past.
Who is she?
She's an autor of this blog. This, who I've never been. My alter ego...)