Californication…. Piękne widoki, jeszcze piękniejsze kobiety i on… Hank Moody… Skandalista na miarę Ameryki XXI wieku. Jedni (no, jedne) go kochają, inni nienawidzą. Wszyscy mają ku temu powody. Prawie każdy chce wyrazić opnię na jego temat. I ja to zrobię, jednakże…
Zanim zacznę się skupiać na pisarzu – niemoraliście, musze się zastanowić czy to w ogóle ma jakikolwiek sens. Czy telewizja dzisiaj daje nam coś więcej niż dobrze przemieloną sieczkę? Czy mam prawo próbować wyciągnąć jakieś głębsze treści z serialu, w którym większość czasu zajmuje przegląd efektów operacji plastycznych (niektórych nawet udanych)? Czy w ogóle coś więcej w tym serialu jest?
Po pierwszych trzech odcinkach myślałam, że nie, ale. Im dłużej to oglądałam tym bardziej wątpiłam w swoje stanowisko. Po obejrzeniu pełnych czterech sezonów ośmielę się stwierdzić, że moje początkowe założenie niekoniecznie było prawdziwe. Z beztroskiego chłopca Hank rozpaczliwie próbuje stać się człowiekiem dorosłym?, dojrzałym?, pasującym do roli w jakiej obsadziło go życie. I wydaje mi się, że nie jest to beztroska historyjka na „odmóżdżenie”. Że w tym serialu nie tylko może, ale na pewno jest coś więcej. Co? Do tego będę starała się dokopać.
Kim tak naprawdę jest główny bohater? Jaki jest, jak on sam się widzi, a jak go widzi i chciałoby widzieć jego otoczenie? Czy będąc jakim jest, kogoś „uszkodził”, a może to właśnie jego uszkodzono? Mamy do czynienia z nierozumianym geniuszem, czy głupcem, który nie rozumie?
To znaczy, nadal biorę pod uwagę, że być może zaglądam do bardzo ciemnego choć tak naprawdę pustego naczynia, jednak mam nadzieję, ze pośród tego wszystkiego, co serwują nam media, co jakiś czas trafia się coś, co pod przykrywką pornografii nieomalże chowa (jakiekolwiek?) przesłanie.
Mając świadomość nadinterpretacji (i to mocnej) spróbuję w najbliższych dwóch lub trzech notkach napisać, jak bardzo dał mi do myślenia Hank i jego niekończące się perypetie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz