Tak się czasem zastanawiam, czy my Polacy nie mamy przypadkiem ze sobą jakiegoś problemu? Żyjemy w kraju na stykach kultur. W przeszłości byliśmy już ostatnim bastionem chrześcijaństwa, krajem bez stosów, miejscem, w którym wspaniale mieszały się języki, zwyczaje, barwy regionów. Można tu było znaleźć wszystko, prawie jak na bliskowschodnim bazarze. Każdy mógł wybrać sobie to, co mu najbardziej odpowiada i nie był za to potępiony (przynajmniej oficjalnie). Kraj tętnił kulturową mieszanką. Mieliśmy swój własny, rozpoznawalny wszędzie styl.
Więc gdzie on się podział? Czy dziś Polacy są tak samo rozpoznawalni przez swój styl, wyczucie smaku? Do popełnienia niniejszego tekstu sprowokowało mnie otwarcie w moim mieście Starbucksa i moja wizyta w nim.
Dla mnie jest to po prostu sieciowa kawiarnia jakich wiele, jest tutaj chyba z dziesięć Coffee Heaven. W Stanach Sturbucksy stoją chyba na każdym rogu i nieodparcie mam wrażenie, że tłok w nich nie jest spowodowanych ich „trednością”, ale tym, że Amerykanie wypijają po prostu setki litrów kawy. Jednak Polska to nie Stany, o czym tez już kilkakrotnie boleśnie się przekonałam. Tutaj wszystko, co ma naklejkę „Made in the USA” (tudzież „Made in Western Europe”) staje się obiektem bezkrytycznego uwielbienia. Z ciekawości badacza zawitałam w progi tej chyba najbardziej rozpoznawalnej na świecie kawiarni kilkanaście dni po jej otwarciu. Miałam szczęście. Praktyczny brak kolejki przede mną zamienił się w ok. 10cio osobową gromadkę oczekujących, której tworzenie się obserwowałam czekając na swoją gorącą czekoladę ( może właśnie dlatego, że nie piję kawy to bezbrzeżne uwielbienie mnie nie dotyczy?)
Patrząc na ten sznureczek przypomniałam sobie historię na temat Starbucksa właśnie. Pewna paczka znajomych była tak zakochana w tejże kawiarni, że będąc w jednej z europejskich stolic (a może to była nawet Warszawa) zwiedziła wszystkie jej oddziały w tym mieście. Po usłyszeniu tej historii ręce mi trochę opadły i włączył mi się wybitnie filozoficzny tryb myślenia. Z czego to wynika? Skąd się bierze ten owczy pęd? Nie myślę tu w sumie tylko o Stabucksie, który jest tylko jednym z doskonałych przykładów, bo nie tylko tam widuję hordy rozchichotanych nastolatek, którym się wydaje, że są nie wiadomo jak „trendy” (i jak się okazuje nie tylko o nastolatki chodzi. Bohaterami zasłyszanej przeze mnie historii byli dość dorośli ludzie). Wydaje mi się, że dzisiaj, w morzu takich samych ciuchów, prawdziwą sztuką jest właśnie bycie indywiduum. Do któregokolwiek sklepu dziś nie wejdę zobaczę to samo. Inne kolory, tu pięć falbanek a tam sześć, ale zasada działania wciąż pozostaje ta sama. Brak nam albo krytycznego myślenia, albo pomysłu na siebie. Chcemy wyglądać tak jak reszta świata, bo dziś gdzie nie pojedziemy to spotkamy osoby tak samo jak my ubrane, tylko niekoniecznie tym samym językiem mówiące. W sumie gdybyśmy się wsłuchali dowiedzielibyśmy się, że one nawet mówią to samo. Wciąż powtarzane te same frazesy, wtłaczane do głów przez mass media, których sensowności i zasadności nikt nie ma chęci (a może odwagi?) zweryfikować.
Te same kawiarnie, te same sklepy, to samo myślenie. Czy naprawdę chcemy stawać się cieniami innych narodów? Czy naprawdę nie stać nas na posiadanie pomysłu na siebie?
I don’t blame, I’m just asking…
♥ dla ludzi którzy idąc ulicą niosą ten papierowy kubeczek ze Starbucksa z taką dumą jakby to były klejnoty Królowej Wiktorii.
OdpowiedzUsuń