środa, 25 maja 2011

Californication - sąd nad epoką? Wstęp

Californication…. Piękne widoki, jeszcze piękniejsze kobiety i on… Hank Moody… Skandalista na miarę Ameryki XXI wieku. Jedni (no, jedne) go kochają, inni nienawidzą. Wszyscy mają ku temu powody. Prawie każdy chce wyrazić opnię na jego temat. I ja to zrobię, jednakże…
Zanim zacznę się skupiać na pisarzu – niemoraliście, musze się zastanowić czy to w ogóle ma jakikolwiek sens. Czy telewizja dzisiaj daje nam coś więcej niż dobrze przemieloną sieczkę? Czy mam prawo próbować wyciągnąć jakieś głębsze treści z serialu, w którym większość czasu zajmuje przegląd efektów operacji plastycznych (niektórych nawet udanych)? Czy w ogóle coś więcej w tym serialu jest?
Po pierwszych trzech odcinkach myślałam, że nie, ale. Im dłużej to oglądałam tym bardziej wątpiłam w swoje stanowisko. Po obejrzeniu pełnych czterech sezonów ośmielę się stwierdzić, że moje początkowe założenie niekoniecznie było prawdziwe. Z beztroskiego chłopca Hank rozpaczliwie próbuje stać się człowiekiem dorosłym?, dojrzałym?, pasującym do roli w jakiej obsadziło go życie. I wydaje mi się, że nie jest to beztroska historyjka na „odmóżdżenie”. Że w tym serialu nie tylko może, ale na pewno jest coś więcej. Co? Do tego będę starała się dokopać.
Kim tak naprawdę jest główny bohater? Jaki jest, jak on sam się widzi, a jak go widzi i chciałoby widzieć jego otoczenie? Czy będąc jakim jest, kogoś „uszkodził”, a może to właśnie jego uszkodzono? Mamy do czynienia z nierozumianym geniuszem, czy głupcem, który nie rozumie?  
To znaczy, nadal biorę pod uwagę, że być może zaglądam do bardzo ciemnego choć tak naprawdę pustego naczynia, jednak mam nadzieję, ze pośród tego wszystkiego, co serwują nam media, co jakiś czas trafia się coś, co pod przykrywką pornografii nieomalże chowa (jakiekolwiek?) przesłanie.
Mając świadomość nadinterpretacji (i to mocnej) spróbuję w najbliższych dwóch lub trzech notkach napisać, jak bardzo dał mi do myślenia Hank i jego niekończące się perypetie.

niedziela, 22 maja 2011

Show must go on

Opera – sceniczne dzieło muzyczne wokalno-instrumentalne, w którym muzyka współdziała z akcją dramatyczną (libretto). Istotą tego gatunku muzycznego jest synteza sztuk, czyli połączenie słowa, muzyki, plastyki, ruchu, gestu oraz gry aktorskiej.
Tyle definicja. Jak ma się do rzeczywistości? Opera, wielkie widowisko o wielowiekowej tradycji. Najpiękniejsze, najbardziej znane dziś opery powstały już kilka wieków  temu, a wciąż wzbudzają zachwyt nie tylko jej znawców ale także ludzi nieobytych ze sztuką. Chyba każdy zna pieśń torreadora czy aria Królowej Nocy. Ale chyba nie każdy zdaje sobie sprawę z tego z czym ma do czynienia. Opera to nie kino jak wielu się wydaje. Nie przychodzisz tam po to, by usiąść wygodnie i zostać anonimowym widzem. Opera to magia, porywa, sprawia, że pozornie zwykły widz staje się częścią spektaklu. To widzowie bardzo często wpływają na to jak wygląda przedstawienie. Czy porwie, czy zachwyci, a może będzie tylko przeciętne, jedno z wielu w sezonie.
Jednak pewna część widzów tego zdaje się nie dostrzegać. Boli mnie to tym bardziej, że najczęściej są to ludzie w moim wieku. Wydaje im się, że gdy przyjdą do opery to od razu będą uchodzić za obytych i światowych. Taa, na pewno. Szczególnie gdy traktują spektakle jak pokazy kinowe. Ot rzecz pierwsza z brzegu, chyba najbardziej uderzająca (i mnie osobiście wprawiająca w pewne zażenowanie?) Kiedyś wyjście do opery było nie tylko obcowaniem ze sztuką, ale także a może przede wszystkim spotkaniem towarzyskim. Na stroje i „kosmetyczki” wydawano krocie. Nie będę górnolotnie stwierdzać, że to z szacunku dla Sztuki, choć mam cichą nadzieję, że w malutkim stopniu tak właśnie było. Dziś również przyjętym jest aby do opery czy teatru (na wieczorne spektakle) zakładać strój wieczorowy. Szkoda, że wielu nowobogackich wybitnie ignorancko podchodzi do tak drobnej wydawałoby się kwestii. Teatr traktują niczym kino. Szacunek ludziom, którzy dla nich grają, okazują w dżinsach i T-shirtach. Delikatnie mówiąc nieadekwatnie do tego jaką pracę ci ludzie wykonują. No cóż, wyrosło nam takie pokolenie.
 Choć są także tak chlubne wyjątki, że aż dziw bierze. Ostatnio będąc z operze właśnie miałam okazję obserwować wycieczkę. Te zazwyczaj nie do końca wiedzą, gdzie są, ale ci młodzi ludzie  zupełnie mnie zaskoczyli. Każdy w garniturze, każda w stroju zdecydowanie adekwatnym do okazji. Taki widok może tylko napawać nadzieją, że gdzieś w Polsce są ludzie, którzy potrafią wychować swoje dzieci w szacunku dla sztuki wysokiej i że gdzieś są nauczyciele, którzy potrafią tę sztukę pokazać jako coś wspaniałego i fascynującego. W końcu to nasze dziedzictwo, niezależnie od tego czy nam się podoba czy nie. I kto wie, czy za parę lat to właśnie tacy młodzi ludzie, którzy wiedzą gdzie i po co są, będą większością na teatralnych widowniach…
A przedstawienie będzie trwać...