czwartek, 21 kwietnia 2011

Słowa i sny

Jesteśmy przygodnymi dyskutantami. Idealnymi nieznajomymi.  Pięcioro muszkieterów, ludzi z totalnie różnych bajek, którzy jednak potrafią prowadzić ciekawe rozmowy na kontrowersyjne tematy. Z pozoru obcy sobie ludzie spotykający się raz w tygodniu na „obiadach czwartkowych”, pozornie zwyczajnych lunchach, które jednak mało knajpy nie rozwalą. Nie mamy jak Poniatowski do dyspozycji całego pałacyku, musimy sobie radzić z mniejszym rozmachem. Ale w końcu nie mamy w planach zbawiania świata.
Siedzimy naprzeciw siebie, do niedawna obcy sobie ludzie, nadal tylko nieznajomi. Dzięki tym obiadom nie znienawidziłam tego miasta do końca.  Miasta, które samo z siebie mnie zabija. Sprawia, że odechciewa się wszystkiego. W tym barłogu znalazłam miejsce do pouzewnętrzania się. Chociaż w moim przypadku zauważenie tego może sprawiać pewien problem. Bo jak może ujawniać swe poglądy ktoś, kto się prawie nie odzywa?  Dlatego tak trudno mi się odnaleźć gdziekolwiek. W XXI wieku nie można milczeć, chyba że chcesz być ofiarą. Wszystkiego i wszystkich. Na szczęście nie mam charakteru ofiary. Czasem nie chcę po prostu udowadniać moim rozmówcom, jak niewiele wiedzą.  Jak dotkliwie widać, że nigdy nie wychylili nosa poza opłotki własnej „wsi”.
Tutaj mi jednak to nie grozi.  Komfort niemówienia wynika z czego innego. Od początku mam wrażenie, że nie muszę się odzywać, bo moje poglądy i tak zostają wypowiedziane, w tej czy innej formie.  Choć z różnych bajek mamy ten sam zwyczaj. Myślimy samodzielnie. Nikt nam nigdy nie kładł do głów, co mamy myśleć.  Ale chyba pochodzę z takiego końca świata, że nigdy wcześniej nie spotkałam człowieka, który myślałby jak ja. Cudowne objawienie. Siedzimy, dobre wino, klimat dekadenckiego klubu, a ja mam siłę tylko słuchać  głębokiego basu wypowiadającego moje własne sądy. I dochodzę do wniosku, że ja sama nie powiedziałabym tego tak, mój własny głos nie jest tak piękny, tak głęboki i taki…


(in English: We’re smart talkers. Perfect strangers. Five musketeers, people from pretty different fairytales, but who  can lead interesting conversations about moot topics. People apparently stranger meet once a week on “Thursday dinners”, lunches seemingly ordinary, but what almost smash up the pub. We don’t have like Poniatowski at the disposal of the entire palace, we have to deal with a smaller scale. But in the end we don’t have plans of saving the world.
We sit facing each other, until recently strangers, now just non-acquaintances. Thanks to these lunches I haven’t hated this city till the end.  City, what in itself is killing me. City, which makes me not to want anything. In this mess I found a place to show my mind. Although in my case, noticing this might cause a problem.  Because how can reveal her views someone who barely speaks? That’s why it’s so difficult for me to find myself anywhere.  In the twenty-first century  you can’t be silent, unless you want to be a victim. Everything and everyone. . . Fortunately, I don’t have the nature of the victim. Sometimes I just don’t want my callers to prove how little they know. How painfully is to see that they never put out their noses beyond the confines of their “village”.
However, here I’m safe. Comfort of nonspeaking results of something else. From the beginning, I feel that I  don’t need speak because my views and so are spoken in one form or another. Although different fairytales we have the same habit, We think independently. No one never put into our heads what we think. But I suppose I come from so end of the world that I’ve never met a man who would think like me. Wonderful revelation. We sit, good wine, decadent atmosphere of the club, and I have power only to hear deep bass denouncing my own judgments. I come to the conclusion that I would never  say it like this, my own voice isn’t  so beautiful, so deep and so ...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz